Blaski i cienie hodowli

Fot. Mimzy/Pixabay

Praca hodowcy, jego radość z narodzin kociąt, uśmiech z powodu radości opiekunów i szczęście z pięknych, zdrowych kotów w nowych domach jest okupione zmartwieniem z powodu cesarskiego cięcia, żalem z nieudanych wyborów hodowlanych, smutkiem i brakiem zrozumienia dla odejść osesków oraz zdziwieniem z powodu pustego portfela. To jest wpisane w naszą pracę. Czy sobie z tym radzimy? W większości przypadków – nie. Jeśli mowa o blaskach i cieniach pracy hodowlanej przyjdzie się zmierzyć z wartościami granicznymi po przeciwległych stronach wykresu naszych ludzkich uczuć, finansów i satysfakcji. Przygoda z hodowlą jest wspaniała, ale jej koszty (nie tylko finansowe) – ogromne. Artykuł ten będzie rozprawiał o plusach i minusach tego “lukratywnego” zajęcia.

 

Hodowla, a pozytywy

Chciałabym zacząć od pozytywów, ponieważ dodają skrzydeł i dzięki nim wydaje nam się, że możemy wszystko osiągnąć, sprostać każdemu trudowi. Najwięcej, przynajmniej dla mnie, pozytywów prowadzenia hodowli kotów rasowych jest po stronie emocjonalnej, duchowej.

Tak. Koty dają dużo pozytywnej energii. Samą swoją obecnością. Im mamy w domu więcej mruczków (a w przypadku hodowli często tak bywa, że jest ich kilka, nawet kilkanaście), tym więcej jej nas otacza. Radości na co dzień przysparzają bawiące się koty, szalejące kocięta, ich dziwaczne pozy i “głupie” miny. Im więcej czasu razem przebywamy, tym silniejsza jest nasza więź. Zwyczajnie je kochamy, nie wyobrażamy sobie bez nich życia do tego stopnia, że wyjeżdżając na wakacje odruchowo chowamy przekąski, czy zamykamy drzwi za sobą w pośpiechu.

Dbanie o drugiego (w tym przypadku zwierza) uszlachetnia i czyni nas lepszymi, stawiając na szali obok nas inną, zależną od nas istotę. Zwierzęta to czują. Odwzajemniają swoje uczucia i oddanie – witają nas jak wracamy z pracy, mrużą oczy w podziękowaniu za smakołyki, barankują, empatycznie pomagają nam przejść trudne chwile w naszym życiu. W przypadku kotów hodowlanych dochodzi jeszcze jeden ważny element – przeżywamy wspólnie (my – ludzie i one – koty) emocjonujące momenty: porody, cesarki, krycie, odchowywanie kociąt, karmienie po nocach osesków. Nasza relacja zatem jest bardzo silna, znamy się bardzo dobrze. Nie tylko z codziennych rutynowych sytuacji, ale także z ekstremalnych zdarzeń. Znamy się na wylot!

Posiadanie zwierząt z możliwościami rozpłodowymi bardzo pozytywnie wpływa na socjalizację dzieci. Dzięki temu nabierają wrażliwości, uczą się dbać o braci mniejszych, troszczyć o ich potrzeby – naturalnie stają się bardziej empatyczne. To wartość dodana posiadania hodowli.

Zadowolenie z dobrze wykonanej pracy to także walor. Narodziny pełnego zdrowego miotu, właściwa socjalizacja, udane krycie, harmonijna grupa, spełnione marzenia o zdobytym pucharze na ważnej wystawie, zapełniony kajet z rezerwacjami kociąt, kontakt z opiekunami dorosłych kotów po latach – to wszystko pozytywne zdarzenia, których nie brakuje, a które ładują hodowcy akumulatory do dalszej pracy i dają nieodpartą satysfakcję i dumę.

 

Finanse w hodowli

Pośrodku dodatnich i ujemnych aspektów prowadzenia hodowli chciałabym umieścić względy finansowe. Powód jest prosty – trudno je jednoznacznie zaklasyfikować. Dlaczego? Mam nadzieję, że uda mi się udzielić konkretnej odpowiedzi.

Przychody są. I to wcale nie małe! I tu zaczynają się schody. Bo takiej sumy: po pierwsze hodowca raczej nie widzi na swoje oczy ze względów technicznych (o ile w ogóle uda mu się sprzedać wszystkie maluchy, odbiory 4 kociąt rzadko uda się ustalić na jeden dzień), po drugie – zwykle część tej sumy jest pobrana wcześniej w formie zaliczek (i dawno już została wydana na kocie potrzeby). Przy założeniu, że kotka chodzi w ciąży 9,5 tygodnia, a kocięta muszą zgodnie z przepisami hodowlanymi spędzić w hodowli kolejne minimum 12 tygodni, hodowca ma pod swoimi skrzydłami mamę i jej maluchy przez okres prawie 22 tygodni, co daje ponad 5 miesięcy (zakładając, że miesiąc to 4 pełne tygodnie). 8000 zł podzielić przez 5 miesięcy daje 1600 zł miesięcznie, czyli idąc wyłącznie finansowym torem – niewiele ponad najniższą krajową (nie traćcie z oczu, że mówimy o przychodach – nie dochodach).

Tę “pensję” pomniejszają koszty… utrzymania wszystkich kotów hodowlanych, które w danym czasie nie mają kociąt (nie zarabiają na siebie), mamy i maluszków, kocura (o ile hodowca go posiada, jeśli nie musiał zapłacić za krycie najczęściej równowartość jednego kociaka), a na które składa się: wyżywienie, żwir, opieka weterynaryjna, zabawki, drapaki i inne akcesoria (miski, poidła, szczotki, etc), udział w wystawach (opłaty za udział, dojazd, wyżywienie, hotel dla siebie i zwierząt), opłaty klubowe (opłata roczna, opłaty za dokumenty, rodowody, etc).

Wnikliwy czytelnik z pewnością zorientował się, że przy takich wydatkach dawno lukratywnie wyglądający przychód zmniejszył się diametralnie. Niepostrzeżenie przybliżyłam też pierwszy z negatywnych aspektów prowadzenia hodowli – wysokie nakłady.

 

Hodowla, a emocje

Ubytki w budżecie to jednak nie wszystkie koszty prowadzenia hodowli. Są natomiast najprostsze do udźwignięcia.

Najbardziej obciążające dla większości hodowców są trudy emocjonalne. Ponieważ większość z nas prowadzi swoje hodowle w domach czy mieszkaniach, dzielimy z naszymi zwierzętami jedną przestrzeń, kochamy nasze koty i jesteśmy z nimi bardzo związani. Wpływa to wspaniale na relacje – fakt. Bardzo jednak destrukcyjnie, kiedy dzieje się coś nieoczekiwanego, gwałtownego, przykrego i powodującego bezsilność, mimo wielu lat praktyki, wiedzy, ukończonych kursów, wielogodzinnych rozmów z innymi hodowcami. Zlane moczem rujkujących kotek sofy, skórzaną tapicerkę czy kołdrę, albo szkolny piórnik czy plecak dziecka można odkupić/wyprać/odnowić… Nikt nie jest w stanie jednak ukoić bólu i braku zrozumienia po utracie oseska, całego miotu czy ciężarnej kotki i jej kociąt. Nie odda nadziei na biegające wesołe maluszki i oczekiwanej radości na twarzach ludzi odwiedzających hodowlę na ich widok. Nikt nie zrekompensuje utraty zdolności rozpłodowych przez kocura, który był blokowany hormonalnie.. Te geny przepadają bezpowrotnie, podobnie jak często wieloletnia praca, która za tym idzie i tysiące złotych włożone w rozwój danej linii. Naszego rozczarowania, poczucia beznadziei, braku motywacji do dalszej pracy nikt nie zwróci. Szukać musimy jej sami, choć czasem bezskutecznie. Wielu hodowców rezygnuje, bo dla nich bilans emocjonalny jest jedynie ujemny. Hodowla to skrajne emocje, na które nikt nie może być przygotowany, ale i tak jeśli chce być hodowcą – musi je przetrwać.

Emocjonalnie angażujemy się także w relacje z ludźmi, z którymi dzięki prowadzeniu hodowli mamy do czynienia. Potencjalni kupujący, odwiedzający hodowlę zainteresowani czy nawet osoby, które już mają od nas koty – bywają nieodpowiedzialni, denerwujący, złośliwi czy aroganccy. Hodowca, który hoduje od kilku lat, z dużą dozą prawdopodobieństwa spotkał choć jednego z nich na swojej drodze. Próby oczerniania, zaszkodzenia, czasem nawet groźby czy sprawy w sądzie zdarzają się również. Stres związany z pracą z ludźmi jest zwyczajnie wpisany w prowadzenie hodowli.

 

Życie prywatne, a hodowla

Warto także nadmienić, że jest to działalność obarczona bardzo dużym ryzykiem, gdzie bardzo trudno jest założyć sensowny plan, co dopiero biznesplan (sic!) i go zrealizować. Dzieje się tak, ponieważ wielość niewiadomych (ruja w określonym terminie, zajście w ciążę w określonym czasie, ilość kociąt w miocie, ich przeżywalność, komplikacje poporodowe, wartościowość reproduktorów) wpływa negatywnie na całokształt prowadzenia hodowli. Najczęściej jednak plany hodowlane na papierze swoją drogą, a rzeczywistość – swoją. Towarzyszy zatem hodowcy nieodłącznie frustracja, czasem nerwy, bywa że brak nadziei.

Dość dokuczliwym jest brak czasu i praca “w trudnych warunkach”. Wydaje się niemożliwe? Za nami majówka, wkrótce rozpoczną się wakacje, ale czy dla wszystkich? Urlop dla hodowcy to często niepotrzebne ryzyko i problem, a także wydatki. Wielokrotnie osobiście przekładałam wyjazd na upragnione wakacje, bądź nie jechałam mimo wykupionych biletów, ponieważ tak było bezpieczniej i lepiej dla osesków dopiero narodzonych, dla kotki ciężarnej, bo może w każdej chwili urodzić maluszki, dla ludzi bo mogą odebrać kocię tylko w wyznaczonym czasie i o wyznaczonej godzinie niezależnie od planów moich, dla kociąt bo wyjazd na dłużej jak kilka dni opóźni ich socjalizację albo minie najlepszy czas na wzbogacanie środowiska, zapoznanie z kuwetą czy naukę jedzenia stałego pokarmu. Przykłady można mnożyć.

Wolne weekendy to także rzadkość. Spotkania z opiekunami najczęściej odbywają się w weekendy, bądź święta, gdyż często hodowcy i opiekunowie maja prace na etacie w urzędowych godzinach.

Kumulacją braku czasu jest pojawienie się na świecie małych “problematycznych” osesków. Niezależnie od przyczyny hodowca wówczas ma za zadanie zająć się kociętami i ich mamą, bądź ją zastąpić. Wielu hodowców bierze wówczas urlopy, wynajmują petsitterów do opieki, a jeśli sprawują ją sami – śpią ciągiem maksymalnie godzinę, wszak kocie oseski wymagają karmienia co 2h / 24 godziny na dobę, także w nocy. Co przy miocie 5-6 kociąt nie daje innych fizycznych możliwości.

Codzienne, czasami kilkukrotne oczyszczanie wszystkich kuwet, mycie misek, odświeżanie i dezynfekcja kociego obejścia to mozolna, monotonna i śmierdząca praca. Jednak niezbędna dla kociego dobrostanu i zdrowia, z której nie można zrezygnować.

Design dopiero wkracza do naszych domów w postaci nowatorskich drapaków, kocich mebli czy fantastycznie wykonanych misek. Nie każdy wielbiciel dobrze urządzonego mieszkania będzie widział w swojej przestrzeni duże kocie drzewo czy kartonowy drapak, a one są niezbędnym elementem mieszkania, w którym mieszka kilka kotów. Podobnie z ogrodem. Woliera czy zabezpieczony balkon/taras to ciężki orzech do zgryzienia dla niektórych. Niezbędne zabezpieczenie jednak dla każdego kota, w szczególności z możliwościami reprodukcyjnymi.

 

Podsumowanie

Fot. undermind/Pixabay

O zaletach i wadach prowadzenia hodowli można rozprawiać długo. Ponieważ ludzie są różni, mają odmienne priorytety, marzenia, możliwości, bilans jednego hodowcy nie będzie zawsze równy bilansowi drugiego. Czy warto prowadzić hodowlę? Niewątpliwie. Czy to kosztuje? Tak i to dużo, nie tylko finansowo. Czy zbyt wiele? Na to pytanie każdy odpowie inaczej, bo ma inne doświadczenia. Jeśli przeważą pozytywy, odpowiedź będzie negatywna. Odmiennie, jeśli hodowca odnajduje więcej złych doświadczeń. Podobnie jak ja, wielu hodowców nie wyobraża sobie życia bez rezydentów, ich kociąt, spotkań z ludźmi, ich radości, mimo, że to nie tylko dobre i miłe doświadczenia. Z pewnością nie jest to zajęcie dla wszystkich. Na pewno jeśli kimś powodują tylko względy finansowe znalazł odpowiedź ile “zarobi”. Raczej rozpatrywałabym hodowlę kotów rasowych jako utrzymujące się hobby, niż dochodowy interes, ale być może brakuje mi zdolności biznesowych?