Historia kota Bojkota czyli dlaczego zawsze warto zabezpieczać okna

Photo Credit: emanuelamazzaro Flickr via Compfight cc

Na początku poprzedniej wiosny mój kot Bojkot wypadł z ósmego piętra. Przefrunął dostojnie aż na sam dół, zmuszając mnie i mojego partnera do poważnego zastanowienia się nad swoimi kompetencjami właściciela kotów. Zacznijmy od początku.

 

Kota Bojkota znalazłam wracając w pracy, na wsi. Była zima, puszyste kocisko nie wyglądało na umierające, ale zachowywało się bardzo podejrzanie. Łaziło po stacji PKP, od człowieka do człowieka, na zmianę się ocierając i węsząc po śmietniku. Szło niepewnie za ludźmi, a gdy się go pogłaskało, kuliło się z zimna i błogo przysypiało. Zmęczone zwierzątko wyglądało bardzo bezdomnie. Może miało dom – ale nie najlepszy, nie karmiący, jedynie schronienie przed zimnem. Może miało dom, ale bardzo daleko, dawno zgubiony. Może miało dom i był nim każdy śmietnik w każdej wsi.

 

Nie jest łatwo wziąć kota. Trudna decyzja – odpowiedzialność duża. Po półgodzinnej walce wzięłam kota ze sobą. Na szczęście kot okazał się być oazą spokoju (jak się potem okazało – oazą spokoju fałszywego). Jechałam hałaśliwym pociągiem, z rowerem, bagażem i kotem, bez jakiejkolwiek smyczy, obróżki czy szelek. Mimo to nie próbował uciec, ani podczas jazdy pociągiem, ani potem w tramwaju, ani podczas pieszego spaceru do domu.

 

Kocurek okazał się być wylęgarnią robactwa. Niedelikatnie odrobaczanie prawie go zabiło. Potem jednak było z górki. Kot po odrobaczeniu okazał się być bardzo aktywnym zwierzęciem z ADHD, które w naszym małym mieszkaniu zwyczajnie umierało z nudów. Ciągłe zabawy – to było dla niego trochę za mało. Ponieważ był to mój pierwszy w życiu kot trzymany w bloku, nie wiedziałam bardzo wielu rzeczy. Po pierwsze, że okien nie wolno uchylać – jest to większą „zbrodnią” niż zostawiać całkiem otwarte. I przez jedno i przez drugie kot będzie próbował wyjść. Różnica jest taka, że przy otwartym oknie kot „najwyżej” wypadnie na ulicę. Natomiast jeśli okno jest uchylone, kot może się zaklinować i umrzeć w sporych cierpieniach. Uf, to na szczęście się nam nie przytrafiło! Ale to pierwsze – wypadanie kota – a i owszem.

 

Pozwalaliśmy Bojkotowi (bo tak go nazwaliśmy) wychodzić na parapet. Wstydzę się tego – ale wtedy naprawdę mi się wydawało, że kot swój rozum ma i nie wypadnie. Zresztą utwierdzał nas w tym przekonaniu przez pół roku. Spokojnie wskakiwał na parapet, wychodził na zewnątrz, przycupywał i zachowywał się nadzwyczaj ostrożnie. A któregoś niedzielnego wieczora po prostu skoczył na parapet, poślizgnął się i wypadł.

 

W pierwszej chwili – szok. To się naprawdę wydarzyło. W drugiej chwili – strach przed wyjrzeniem za okno i ujrzeniem martwego kota. Ale, o dziwo, kota nie było. Szukaliśmy go przez ponad pół godziny i cudem znaleźliśmy skulonego, obolałego. Zapakowaliśmy go w taksówkę i do weterynarza. Byłam przekonana, że kot ma z narządów wewnętrznych zupę. Okazało się jednak zupełnie inaczej – kot wyszedł zupełnie bez szwanku z wypadku i już następnego dnia skakał po całym mieszkaniu.

 

Historia kota Bojkota kończy się nazwyczaj pozytywnie. Zadbanego, po rocznej kwarantannie (bo tyle z nami spędził czasu) oddaliśmy młodemu małżeństwu, mającego już własnego, samotnego kota. W ten sposób Bojkot zyskał przyjaciela, najnowsze zabawki i bardzo dokładnie zabezpieczone okna.

 

Tekst: Gabrysia Jóźwiak