STERYLKOBUS – inicjatywa Stowarzyszenia “Obrona Zwierząt”

Fot. Sterylkobus SOZ

J.K: Skąd wziął się pomysł na taką działalność?

A.L: Stowarzyszenie Obrona Zwierząt od początku swojego istnienia (2007 r.) duży nacisk kładło na sterylizacje psów i kotów, jako jedyny skuteczny i humanitarny sposób ograniczania bezdomności zwierząt domowych. Od 2008 r. prowadziliśmy stacjonarną akcję sterylizacyjną dla mieszkańców powiatu jędrzejowskiego (woj. świętokrzyskie). Jednak zdając sobie sprawę, że dotychczasowe inicjatywy nie zawsze mają szansę trafić do wszystkich potrzebujących, jesienią 2016 r. podjęliśmy decyzję o realizacji śmiałego planu sterylizacji mobilnych. Polegał on na stworzeniu takiego systemu, który umożliwi dotarcie z zabiegami sterylizacji i kastracji tam, gdzie nie ma stacjonarnych zakładów weterynaryjnych, albo właściciele zwierząt nie posiadają możliwości logistycznych, aby zwierzę do takiego zakładu dowieźć. Problem ten dotyczy wielu rejonów rolniczego i niedoinwestowanego woj. świętokrzyskiego. Idealnym rozwiązaniem okazał się właśnie sterylkobus, który może dojechać praktycznie wszędzie.

 

Fot. Sterylkobus SOZ

J.K: Jakie założenia przyjęli Państwo przy tworzeniu sterylkobusa?

A.L:

Ideą projektu jest:

  • Umożliwienie korzystania z dobrodziejstw sterylizacji i kastracji zwierząt domowych ludziom, którzy dotychczas nie mieli dostępu do takich usług – z powodu braku w okolicy zakładów leczniczych dla zwierząt lub trudności opiekunów zwierząt w dotarciu do takich placówek (finansowe, logistyczne, inne);
  • Całkowita nieodpłatność zabiegów i chipowania dla opiekunów zwierząt;
  • Ścisła kooperacja z gminami;
  • Współpraca z lokalnymi organizacjami społecznymi oraz wolontariuszami
Fot. Sterylkobus SOZ

A celami projektu są:

  • Trwałe ubezpłodnienie pewnej liczby psów i kotów na terenach wsi i miasteczek;
  • Profilaktyka zdrowia zwierząt (towarzyszące zabiegowi: ogólna ocena stanu zdrowia, ew. usuwanie przepuklin, nowotworów narządów płciowych, listwy mlecznej, itp.);
  • Trwałe oznakowanie pewnej liczby psów i kotów (towarzyszące zabiegowi) za pomocą wszczepienia mikroczipa z numerem, który następnie rejestrowany będzie w ogólnopolskiej bazie danych, co umożliwi identyfikację zwierzęcia w przypadku jego porzucenia lub zaginięcia;
  • Edukacja mieszkańców terenów wiejskich w temacie zwierząt jako przedmiotu praw, ich humanitarnego traktowania i konieczności zapewniania opieki weterynaryjnej oraz zwiększanie świadomości nt mechanizmów powstawania bezdomności zwierząt i sposobów jej zwalczania;
  • Zmniejszenie zjawiska bezdomności psów i kotów, spowodowanego ich niekontrolowanym rozmnażaniem się oraz niską świadomością społeczną mieszkańców wsi i miasteczek, a wskutek tego dramatycznie wysoką nadpodażą tych zwierząt i porzucaniem ich przez właścicieli;
  • Zmniejszenie kosztów ponoszonych przez gminy na zapewnianie opieki bezdomnym zwierzętom, spowodowane zmniejszeniem liczby zwierząt domowych w ogóle, a przez to liczby zwierząt porzucanych, zasilających szeregi bezdomnych;
  • Zmniejszenie „liczby śmierci”, tj. ograniczenie zjawiska niehumanitarnego lub nielegalnego uśmiercania „nadwyżkowych” zwierząt domowych przez ich właścicieli;
  • Aktywizacja wolontariuszy w społecznościach lokalnych, zaangażowanych w projekt przez jego propagowanie wśród ludności

 

Fot. Sterylkobus SOZ

J.K.: Jaka była reakcja otoczenia na pomysł?

A.L.: Zasadniczo pozytywna, czasami pełna niedowierzania, czasami entuzjastyczna. Niektórzy powątpiewali, czy tak skomplikowany, pracochłonny i kosztowny projekt można zrealizować siłami tak małego stowarzyszenia jak nasze. Jeszcze inni wieszczyli problemy natury prawnej i najrozmaitsze kłody pod nogi rzucane przez urzędników. Generalnie jednak, co stwierdzam z przykrością, w sumie mało kogo to obchodziło. Świat, w którym aktualnie żyjemy, jest już tak szybki i skomplikowany, że nikt nie ma czasu przystanąć i spojrzeć naokoło siebie. Ludzie zaczynają i kończą na powierzchownych kontaktach w mediach społecznościowych. W ogóle odnoszę wrażenie, że pod tymi wszystkim dyskusjami na forach, lajkami i udostępnieniami kryje się jakaś miałkość albo pustka. No i coraz mniej ludzi zajmuje się pracą społeczną – wykonywaną nieodpłatnie i z pasji.

 

Fot. Sterylkobus SOZ

J.K: Dostosowanie przyczepy, pierwsze zabiegi, reakcje ludzi na powstałą inicjatywę – jak wspominają Państwo pierwsze tygodnie?

A.L: Sterylkobus zaprojektowano i wykonano tak, aby służył jako sala operacyjna, którą umieszczono w przyczepie samochodowej o powierzchni 12mkw Został wykonany specjalnie dla naszego Stowarzyszenia i kosztował 65.559 zł. Posiada własne zasilanie, instalacje elektryczną i wodną, toaletę, klimatyzację, system klatek oraz 2 niezależne stanowiska operacyjne. Ponadto systemy półek organizujących pracę, które były naszego pomysłu i wykonania. Również sami zadbaliśmy o dodatkowe wyposażenie przyczepy, które kosztowało ok. 15.000 zł i z ważniejszych rzeczy obejmuje 15 kompletów narzędzi chirurgicznych, sterylizator, koncentratory tlenu, pulsoksymetry, wagę weterynaryjną oraz lampy antybakteryjne. Sprzęt kupowany był po starannej konsultacji z weterynarzami uczestniczącymi w akcji. Pojazd został tak zaprojektowany i wyposażony tak, aby zapewnić zwierzętom maksymalne bezpieczeństwo, a lekarzom komfort pracy. Do udziału w akcji zaprosiliśmy doświadczonych weterynarzy, którzy od lat sterylizują nasze zwierzęta. Całość nakładów ponieśliśmy sami z własnych funduszy, które pochodziły z zaoszczędzonych środków 1% podatku. Przygotowanie przyczepy oraz opracowanie całego ISO akcyjnego kosztowało nas mnóstwo czasu i pracy.

Fot. Sterylkobus SOZ

Generalna próba „kostiumowa” odbyła się w Jędrzejowie w dniu 25 marca 2017 r. Pomimo, że nie mieliśmy jeszcze doświadczenia oraz wielu wprowadzonych później udogodnień technicznych – akcja przebiegła bez problemów. Pomyślnie zoperowano 13 zwierząt: 1 sukę, 2 psy, 5 kocic (3 w ciąży) i 5 kocurów. Zachipowano w sumie 6 zwierząt.

Reakcje ludzi biorących udział w akcjach są zasadniczo bardzo pozytywne, chociaż duża aprobata dla projektu miesza się z niedowierzaniem, że ktoś oferuje im jakąś usługę zupełnie za darmo i nie ma w tym żadnego haczyka. Większe problemy były z urzędnikami gminnymi. Około połowa gmin w ogóle nie odpowiedziała na naszą ofertę, węsząc podstęp i bojąc się angażować w jakąś nową i nieznaną inicjatywę. Potem docierały do nas informacje, że decyzyjni urzędnicy byli straszeni przez lokalnych lekarzy weterynarii, że nasza akcja jest nielegalna, pachnie prokuratorem, a w ogóle mordujemy zwierzęta na stole. Zdarzył się nawet wojowniczy weterynarz, który awanturował się pod przyczepą. Inny weterynarz, złożył na naszych lekarzy skargę do okręgowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej. Operując w sterylkobusie mieli oni rzekomo naruszyć zasady etyki lekarskiej oraz deontologii weterynaryjnej. W każdym razie 11 świętokrzyskich gmin, które zdecydowało się przystąpić do projektu było bardzo zadowolonych z przebiegu i efektów akcji. W niektórych gminach pracowało nam się tak dobrze, że odwiedzaliśmy je kilkukrotnie. Część gmin dołączyła z własnej inicjatywy, a kilka już zdecydowało się na partycypowanie w kosztach akcji. Co ciekawe, podczas jesiennych szkoleń dla radnych gminnych i wolontariuszy, mających miejsce pod auspicjami Najwyższej Izby Kontroli, namawiano gminy do korzystania z dobrodziejstw sterylizacji mobilnych. Ostatecznie w 2017 r., podczas raptem 5 miesięcy, wysterylizowaliśmy w sumie 500 zwierząt: 152 suki (9 w ciąży), 274 kocice (85 w ciąży), 15 psów i 59 kocurów. Ponadto zachipowaliśmy w sumie 178 naszych pacjentów. Był to bardzo intensywny i wyczerpujący czas, szczególnie dla mnie jako koordynatora wszystkich 18 akcji. Jednocześnie bardzo satysfakcjonujący i pełen spełnienia.

 

Fot. Sterylkobus SOZ

J.K: Czy obecnie widać już jakieś rezultaty Państwa działalności?

A.L: Chyba za wcześnie na taką ocenę – nasz sterylkobus wyjeżdża raptem od marca 2017 r. Prawdopodobnie potrzeba będzie paru lat, aby gminy, na terenie których przeprowadzamy akcje, odczuły spadek liczby bezdomnych zwierząt, a co za tym idzie większe oszczędności w budżetach samorządowych.

 

J.K: Czy według Państwa ludzie chcą edukacji czy raczej są jej przeciwni?

A.L: Oczywiście, że ludzie chcą edukacji, pożądają jej przez całe życie! Gatunek ludzki ma tę potrzebę zapisaną w genach. Przynajmniej wierzę w to jako pozytywistka. Ale mam też tego potwierdzenia na naszych akcjach w zabitych dechami wsiach. Ludzie, najczęściej prości i raczej słabo wykształceni, taszczą na zabiegi swoje zwierzaki w skrzynkach po jabłkach, przerobionych chlebakach albo wózkach sklepowych – zwierzaki, które najczęściej nigdy lekarza na oczy nie widziały. A potem uważnie słuchają jak ma wyglądać opieka pooperacyjna, kiedy podawać leki, jak pielęgnować ranę. Dopytują się o różne rzeczy, potem czasami dzwonią do naszych weterynarzy. To bardzo budujące i w takich chwilach mocniej niż kiedykolwiek czuję, że ta akcja ma głęboki sens. Tylko edukacja u podstaw ma szansę coś zmienić, żadne prawo, nawet mądre (chociaż na takie nie ma co liczyć w tym kraju), nie będzie przestrzegane, jeśli ludzie sami nie zrozumieją powodów, dla których zostało wprowadzone. Dlatego śmieszą mnie kolejne propozycje podwyższania kar za znęcanie się nad zwierzętami (niedługo dojdziemy do dożywocia) – do ludzi to prawo nadal nie przemawia, a i ze świecą szukać sędziów, którzy stosują górny wymiar obowiązujących kar. Tylko edukacja!

 

Fot. Sterylkobus SOZ

J.K: Planują Państwo rozbudować sieć sterylkobusów?

A.L: Tak, oczywiście mamy takie marzenie: flota sterylkobusów :) Posiadamy do tego chęci, wiedzę i doświadczenie. Problemem są oczywiście, i to kolejny banał, pieniądze. Oraz możliwości kadrowe. Naprawdę ciężko jest znaleźć i „wychować” lekarza weterynarii, który będzie się nadawał do specyficznej pracy w sterylkobusie. Chodzi o umiejętność zorganizowania sobie pracy na małej przestrzeni i co najważniejsze pod presją czasu. Oprócz lekarzy potrzebni są oczywiście technicy weterynaryjni, obsługa techniczna przyczepy, kierowca samochodu (prawo jazdy kategorii B+E), min. 1 wolontariusz oraz koordynator całej akcji. Wszyscy muszą ze sobą nawzajem współpracować, działać szybko i bez wytchnienia (zaledwie jedna półgodzinna przerwa na obiad podczas 12-14 godzinnej akcji), a więc mieć iście końskie zdrowie. Tak więc to nie sztuka zakupić sterylkobus i wysłać go w świat na wariackich papierach. Niedopracowane szczegóły akcji mogą skutkować tragicznymi konsekwencjami i wręcz kompromitacją całego projektu. Trzeba mieć wszystko przemyślane, być bardzo pracowitym, cierpliwym, radzić sobie w kontaktach międzyludzkich (na akcjach spotykamy najróżniejszych ludzi i trzeba umieć z nimi rozmawiać), no i oczywiście mieć niezwykle empatyczne podejście do czworonożnych pacjentów. Dlatego obsadzenie sieci sterylkobusów wydaje nam się w tej chwili bardziej problematyczne nawet niż zdobycie funduszy na zakup i wyposażenie kolejnych przyczep. Ale… pożyjemy, zobaczymy :)

 

J.K: Z jakimi trudnościami najczęściej się Państwo spotykają w kontaktach międzyludzkich dotyczących zwierząt domowych?

Niewiedza, głupota, znieczulica, kierunkowe okrucieństwo.

 

J.K: Jak oceniają Państwo stan wiedzy społeczeństwa względem warunków bytowych kotów domowych?

A.L: Linia podziału pomiędzy świadomością potrzeb i pielęgnacji kota, a ignorancją na ten temat przebiega niestety banalnie, po linii podziału miasto – wieś. Oczywiście z wyjątkami od tej reguły, które ją tylko potwierdzają. Posiadacz kota w mieście jest generalnie zaznajomiony z jego fizjologią, potrzebami żywieniowymi i behawiorem.

Powoli, ale jednak wzrasta również świadomość na temat roli kotów wolnożyjącyych w tkance miejskiej (kwestia dokarmiania zimowego, otwierania okienek piwnicznych). Natomiast na wsi kot zasadniczo chowa się sam, a jeśli pewnego dnia z jakiś przyczyn znika, to na jego miejsce jest 10 innych. Z oczywistych więc przyczyn koty te są bardziej zaniedbane i żyją krócej. Również na wsi się to powoli zmienia, jednak z racji tego, że kot jest zwierzęciem później udomowionym niż pies, dlatego postrzegany jest tako ten, który sobie sam poradzi i nie trzeba się nim zbytnio zajmować.

 

J:K: Jakie mają Państwo plany związane ze swoją działalnością na przyszłość?

A.L: Oczywiście wielkie :) Nasze Stowarzyszenie zawsze było trochę inne niż większość organizacji prozwierzęcych i chcielibyśmy tę odmienność utrzymać i pogłębiać. Przede wszystkim niezmiennie uważamy, że ratowanie pojedynczych zwierząt, aczkolwiek bardzo chwalebne i o zasadniczym znaczeniu dla ratowanych osobników, jest zajęciem przeciwskutecznym. Między innymi dlatego, że istotnie nie zmienia złej sytuacji zwierząt w naszym kraju oraz niskiego poziomu ich prawnej ochrony. Ponadto powoduje to, że rozmieniamy na drobne nasze skromne możliwości osobowe, finansowe i czasowe. Nie bez znaczenia jest także poczucie wypalenia i bezsilności, jakie po kilku latach nieuchronnie przychodzi, w sytuacji kiedy na miejsce jednego uratowanego zwierzaka pojawiają się trzy kolejne…

Twierdzę, że należy racjonalnie gospodarować posiadanymi zasobami i z jak najlepszym ich wykorzystaniem. Dlatego też zawsze obce mi było często niezwykle emocjonalne podejście do tematu szeregu „ratowaczy”, zafiksowanych na pomocy (albo na pozorowaniu pomocy) konkretnemu zwierzakowi, bez pomysłu na generalne rozwiązanie problemu. Tymczasem tylko działania systemowe mają szansę coś zmienić w otaczającej nas skrzeczącej rzeczywistości. Dlatego oprócz tego, że zawsze zapewnialiśmy opiekę pewnej liczbie bezdomnych psów i kotów (a jakże), nasze główne siły koncentrowały się na zadaniach bardziej generalnych. Przede wszystkim od 8 lat uczestniczymy w projekcie Pana Tadeusza Wypycha z Fundacji dla Zwierząt ARGOS, polegającym na badaniu problemu bezdomności zwierząt w jego wymiarze publicznym. W ramach tego projektu prowadzimy coroczny systematyczny monitoring działalności schronisk dla bezdomnych zwierząt, hycli oraz polityki gmin i urzędów. Uzyskana w ten sposób informacja z całego kraju publikowana jest zbiorczo pod adresem: http://www.boz.org.pl/monitor. Jesteśmy jedynym podmiotem w Polsce, który zbiera i udostępnia taką informację.

Na bazie tej działalności wykluł się innym projekt – skarżenia bezczynności gmin w udostępnianiu powyższej informacji. Akcja ta ma niezwykle pedagogiczny i dyscyplinujący wpływ na gminy, które od lat poddawane są przez nas presji wyjaśniania co i za jakie pieniądze robią z bezdomnymi zwierzętami. Tu też jesteśmy bodajże jedyną organizacją prozwierzęcą, która prowadzi jednocześnie tak wiele (mówimy o dziesiątkach) spraw sądowych w tej kwestii. Ponadto, ponieważ dane zbierane przez nas do Monitora ujawniają całą patologię postępowania z bezdomnymi zwierzętami w Polsce, często wykorzystujemy je do zakładania szeregu postępowań karnych, cywilnych, administracyjnych i sądowo – administracyjnych przeciwko gminom, schroniskom oraz hyclom. Dokumenty wszystkich tych postępowań publikujemy na naszej stronie https://www.obrona-zwierzat.pl/.

Arcyważne były też dla nas zawsze sterylizacje – od początku istnienia kastrujemy wszystkich naszych podopiecznych (z wyjątkiem zbyt młodych lub zbyt chorych), a od 2008 r. prowadzimy stacjonarną akcję dla mieszkańców powiatu jędrzejowskiego. W 2015 r. naszą akcją objęliśmy również gminę Chęciny i Sobków. W 2017 r. rozpoczęliśmy projekt sterylizacji mobilnych, o którym mowa powyżej. Ponadto, wiosną 2014 r. rozpoczęliśmy na posiadanej wiejskiej nieruchomości autorski projekt „Wolna Pszczoła”, mający na celu zapobieganie wymieraniu pszczoły miodnej. Nasza pasieka liczy w tej chwili 5 uli.

Wszystkie opisane powyżej projekty chcielibyśmy kontynuować i rozwijać. Przy tym znikąd nie otrzymujemy dotacji, utrzymujemy się z dobrowolnych datków na nasze konto oraz wpływów z 1% podatku. Zasadniczo nie wydajemy pieniędzy na reklamę, nie zatrudniamy pracowników, wszyscy pracujemy za free. Nie zrobiliśmy kariery w mediach i w ogóle mało kto o nas wie. Ale to może lepiej?

 

na pytania odpowiadała
Agnieszka Lechowicz,
prezes Stowarzyszenia Obrona Zwierząt


Opracowanie: Justyna Królak

Zapraszamy do odwiedzenia profilu STERYLKOBUSA (klik)

Skomentuj artykuł: