WASZE HISTORIE: DOM TYMCZASOWY “ZA MOIMI DRZWIAMI”

za_moimi_drzwiami_002
Fot. Za Moimi Drzwiami

Nazywam się Małgorzata Szablowska i od pięciu lat prowadzę blog Za Moimi Drzwiami. I choć na początku tematy poruszane na nim były bardzo różnorodne, z czasem stało się jasne, że to tymczasowo goszczące u nas zwierzęta są jego głównymi gwiazdami.
Jak to się stało, że zaczęłam pomagać zwierzętom jako dom tymczasowy?

Zdecydował o tym przypadek, choć z drugiej strony – myślę, że chęć obcowania ze zwierzętami poprzez pomaganie im była we mnie, od kiedy pamiętam…

 

Po prostu są takie dzieci, i ja do nich należałam, które pędzą do każdego napotkanego psa i zanim ktokolwiek zdąży zareagować, tulą się do niego. Żaby, ptaszki, kotki, jeże, rybki, chomiczki, myszki, robaczki – to był mój świat, świat mojej fascynacji i miłości.

za_moimi_drzwiami_003
Fot. Za Moimi Drzwiami

Ileż ja łez wylałam, gdy umarła mi rybka hodowana w akwarium. W podstawówce trzymałam na szafie rodzinkę białych myszek, ukrywając je (skutecznie) przed mamą. Kochałam je i podziwiałam! Potrafiłam zachwycać się byle muchą. Razem z moim kanarkiem odrabialiśmy lekcje, a papużkom falistym powierzałam dziecięce troski.

Byłam dzieckiem marzącym i śniącym o własnym piesku tak mocno, że kiedy w końcu się go doczekałam w wieku 14 lat (bo te wszystkie rybki, myszki i ptaszki były zamiast), stał się dla mnie najdroższym, ukochanym przyjacielem – spełnieniem marzeń. I od tej pory zawsze mam koło siebie psijaciela bądź psijaciółkę, a obecnie nawet dwie.

 

Chciałam pracować w zoo, chciałam pomagać, ale… No właśnie, na marzeniach zawsze się kończyło, bo nie wierzyłam w siebie, a głównie w to, że dam sobie radę psychicznie. Tak bardzo bałam się kontaktu z cierpieniem zwierząt! Zdecydował przypadek. Jechałam w korku, samochody przede mną wymijały jakąś przeszkodę, którą okazała się… młoda szylkretowa koteczka! Miała tak zaropiałe oczy, że nic nie widziała! Zatrzymałam się i zabrałam ją ze sobą. Zrobiłam to pod wpływem pewnego postanowienia. Żeby to wytłumaczyć, muszę cofnąć się w czasie.

Mam na sumieniu bardzo dla mnie traumatyczne przeżycie. Kiedy byliśmy z mężem na wczasach w Bieszczadach, jakieś 15 lat temu, spotkaliśmy na drodze psa. To był bardziej szkielet psa niż żyjące zwierzę. To smutne, bo zamiast go zabrać i skuteczniej mu pomóc, wtedy tylko go nakarmiliśmy. Oczywiście miałam pełno usprawiedliwień: że wakacje, że daleko od domu. Ale nigdy tego nie zapomniałam i żeby odkupić tę winę, przysięgłam sobie, że już nie przejdę obojętnie obok potrzebującego pomocy zwierzęcia. Dlatego wzięłam z ulicy tę kotkę, ratując ją przed rozjechaniem.

Kiedy przywiozłam małą do domu, byłam pełna lęków, jak sobie poradzę, co powiedzą moi domownicy i przede wszystkim przekonana, że nie znajdę jej domu i ta kotka już na pewno zostanie z nami na zawsze (a nie taki był mój plan)! Wszystko to okazały się strachy na lachy. Kotka szybko wyzdrowiała i trafiła do kochających ludzi.Ta pierwsza historia dodała mi skrzydeł i zobaczyłam, że można. Pomyślałam sobie, dlaczego by nie zająć się kotkiem na działce u taty. Kotek był karmiony, ale przecież bezdomny. To był mój drugi podopieczny. Kiedy po kilku miesiącach szukania znalazłam mu dom, przeżyłam znów wielką radość.

 

Właśnie od tamtej pory prowadzę taką skromną działalność, gdzie sama sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem. Przystosowałam i urządziłam w domu tzw. koci pokój – tam tymczaski są leczone, oswajane i oczekują na domy stałe. Od kiedy „w spadku” po prowadzeniu domu tymczasowego zostały mi dwie kotki z białaczką, tymczasy nie mogą już biegać po całym domu.

Przez pięć minionych lat Za Moimi Drzwiami przewinęło się prawie dwieście zwierząt. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, bo zajmuję się tym sama (choć w poważniejszych przedsięwzięciach pomaga mi mąż), a ponieważ bardzo pragnę też zachować granicę pomiędzy życiem prywatnym a swoją pasją, skala mojej działalności pozostanie już na tym samym poziomie. Może to i mniej ambitne niż np. zakładanie fundacji i rozwój, ale uważam, że mierzenie zamiarów według sił i możliwości jest bardzo cenną umiejętnością. Poza tym niesamowicie mi zależy i staram się o to, aby opieka, którą otaczam tymczaski, była na jak najwyższym poziomie. Aby niczego im nie zabrakło.

Fot. Alicja Berny

Przez minione lata gościłam u siebie koty w każdym wieku i kondycji, a także psy – począwszy od szczeniaków po staruszki, a nawet niezapomnianego, cudownego warchlaczka TaDzika, który, gdy wyleczyłam go z zapalenia płuc,  złamał mi serce swoim przymusowym, choć przecież od początku przewidywanym, wyjazdem do azylu dla dzikich zwierząt…

 

Przy okazji zajmowania się zwierzętami odkryłam kolejną swoją pasję, którą jest dzielenie się z ludźmi historiami z mojego domu tymczasowego. Uwielbiam o nich opowiadać i mogę to robić bez końca! Historie dziejące się Za Moimi Drzwiami zawsze są poruszające, ponieważ kocham te futrzaste stwory i ci, którzy słuchają moich relacji, też je kochają! Ostatnio grzaliśmy swoje serca historią Sylwestrowej Rodzinki, czy Bonifacego – kotka na trzech łapach.

za_moimi_drzwiami_004
Fot. Za Moimi Drzwiami

To moje wielkie osiągnięcie, że udało mi się zgromadzić wokół siebie całą rzeszę życzliwych, wspierających ludzi – prawdziwą społeczność ZMD! Z nimi jest o niebo łatwiej mi pomagać. Wśród nich są teraźniejsze i przyszłe domy stałe, a to one są w tej „robocie” najcenniejsze! Jestem za to bardzo, bardzo wdzięczna.