“Żyć jak pies z kotem…” – historia Jagody

Fot. Katarzyna Nowak

Pies w moim domu był dla mnie „od zawsze”. To znaczy odkąd się urodziłam w domu był jakiś pies. Najpierw mniejszy, potem większy. W pewnym momencie to była wilczyca. Córka suki owczarka niemieckiego i prawdziwego wilka z lasu, przywieziona przez mojego ojca z jakiejś leśniczówki. Wyglądała niesamowicie bo urodę w większości odziedziczyła po ojcu. Charakter miała mieszany. Zasadniczo była psem absolutnie kanapowym, ze zwichnięciem w stronę życia podkołdernego. Jak wyjeżdżaliśmy na działkę do lasu to zamieniała się błyskawicznie w kontyngent obronny. Wyganiała poza ogrodzenie wszystko co nie należało do jej stada. Ona była w domu psem eksperymentalnym.

 

Byłam w którejś z pierwszych klas szkoły podstawowej, kiedy wracając z jakiejś pouczającej wycieczki trafiłam do budki spożywczej i zobaczyłam kilka słodziutkich kociaków. Co trzeba było więcej dziecku kochającemu wszelkie żywe futerka? Nic. Wzięłam pięknego rudego malca pod pazuchę i zaniosłam do domu. Czy zastanawiałam się nad konsekwencjami? Nie. Dziecko takich rzeczy nie robi. Moja matka mało nie dostała zawału. Przez chwilę mieszkanie było podzielone na część kocią i część psią. Bo nikomu nie przyszło do głowy, żeby kota gdzieś oddać. Takiego pięknego rudzielca?! Dostał imię JąGo. Ja wiem. Dziwne. Ale nie byliśmy w stanie ustalić płci. Za mało wiedzieliśmy o kotach. Moja matka dwa dni tłumaczyła psu, że to rude to małe dziecko i trzeba się nim opiekować. Nie wiem czy te tłumaczenia były potrzebne czy nie ale… szybko rozpoczęło się normalne, wspólne życie. Kot szybko wybrał sobie miejsca do spania, do biegania i do siusiania. Razem jadły – każdy ze swojej miski. Kot na stole, pies pod stołem. Przy czym kot czasem buszował w psiej misce. Takie życie trwało kilka miesięcy. Niestety któregoś dnia wróciliśmy do domu i zastaliśmy JąGo martwego na kanapie. Leżał wyciągnięty,

 

sztywny, ze śladami krwotoku z noska. Nie mieliśmy pojęcia co się stało ale rozpacz była ogromna. Nie minęło dużo czasu jak pojechaliśmy do schroniska na Paluchu po kolejnego kota. Tym razem była to czarna jak noc kotka Santa. Wielka indywidualistka i wielka osobowość. I tak to się w skrócie zaczęło. Potem kotów raz przybywało, raz ubywało, ale już nigdy nie mieliśmy ich mniej niż cztery. Znajdy. Albo urodzone na naszym balkonie (mieszkaliśmy na parterze). Suka się do nich przyzwyczaiła. Spały na jej posłaniu, obok niej, na niej. Jadły z jej miski nie przejmując się w ogóle, że ona w tym samym czasie tez je. Kiedy byliśmy na działce wyganiała z niej wszystkie inne, obce koty. Swoje zaś pilnowała, żeby za bardzo się nie oddalały. W końcu jednak pies dożył swoich dni i koty zostały same. A potem przeprowadziliśmy się na wieś. Potrzebny był pies.

 

Najpierw przybłąkał się jeden. Kundel podobny nieco do owczarka niemieckiego. Potem drugi, tez w tym samym typie. A potem ktoś podrzucił nam psa pod bramę. Szczeniaka. I tak oto mieszkaliśmy z dziesięcioma już kotami i trzema psami. Wszystko mieszkało w domu. Potem jeszcze się zdarzyło tak, że dostaliśmy na przechowanie dwa piękne psy: wilczurę i bernardynkę. I tak, przez jakiś czas, mieszkaliśmy w cztery psy i dziesięć kotów. Potem jeden pies zaginął, drugi został ukradziony, trzeci się rozchorował i trzeba go było uśpić… Koty też się wykruszały, ale w międzyczasie dwie nasze kotki, zanim zostały poddane sterylizacji, delikatnie mówiąc puściły się przynosząc do domu każda po cztery kociaki. Cztery kociaki rozdaliśmy. Cztery zostały. Mieliśmy wtedy jedenaście kotów i dwa psy. Do starego przybłędy, który się ostał z naszych wiejskich nabytków, dołączył młody, niespełna dwuletni amstaff, który stopniowo wyprowadzał się od sąsiada, aż w końcu zamieszkał ostatecznie u nas. Możecie sobie wyobrazić jak wyglądało życie z młodymi kociakami i młodym psem? Ciekawie. Koty od razu zrobiły sobie z amstaffa chłopca do bicia. Dała im przykład staruszka kocia, która przyjechała z nami jeszcze z Warszawy i do końca trzymała fason. Wytresowała i kociaki i, a może przede wszystkim, psa pokazując mu gdzie jego miejsce.

 

Fot. Katarzyna Nowak

Teraz został nam już tylko amstaff i kilka dorosłych już kociaków. Staruszka nauczycielka odeszła niedawno. Stary kundel musiał być uśpiony już ponad rok temu. Koty panoszą się po domu jak zwykle. Śpią gdzie popadnie, głównie na łóżku ludzkim i psim. Pies czasem musi wyprowadzić się do obory bo koty zalegają na jego obu posłaniach. A one bezczelnie karmią się z jego miski, przesuwają go jak im zawadza, fukają na niego i prychają kiedy chcą mieć ciszę i spokój a on na przykład chrapie. Hierarchię w domu opisuje kolejność zrzucania z kanapy – to znaczy my, dwunogi, zrzucamy koty chcąc usiąść, a one zrzucają psa chcąc się położyć lub zemścić za zrzucenie. I tak się to turla. I właściwie jedynym problemem w tym ofutrzonym układzie jest to, że wszystkie te zwierzaki są wychodzące. I jak jest mokra, błotnista pogoda to nie muszę chyba mówić jak wygląda podłoga w domu. Można to sobie wyobrazić. Ale cóż. Takie są koszty ukochania kilkudziesięciu łap różnych rozmiarów i kolorów. Ponoszone z jękiem i zgrzytem ale i pełną świadomością ich istnienia. I z wdzięcznością dla tych wszystkich prążkowanych, czarno białych, czarnych, rudych i łaciatych futer za to, że są. I że są takie jakie są. Nawet jeśli brudzą i rozrabiają. Bo bez nich życie byłoby po prostu nudne.

 


 

Tekst: Katarzyna “Jagoda” Nowak

Skomentuj artykuł: